Wszystko zaczęło się…..

11 lipca po godzinie 14ej.
Byłam w u przyjaciółki w Szwecji, zadzwonił starszy Brat „Mamusia jest w szpitalu, miał udar. Jutro o 11:00 po pierwszej dobie powiedzą jakie są rokowania. Ale nie jest dobrze”
Nie potrafiłam uwierzyć w to co usłyszałam, przecież rozmawiałam z Madre o poranku, jadłyśmy razem śniadanie przez telefon….
Nie tracę nadziei, telefon do znajomego księdza z prośbą o modlitwę – „Kasiu, mam dziś wolną mszę, odprawię ją w intencji twojej Mamy”
Jak mantrę powtarzam „Będzie dobrze, będzie dobrze…..”
12 lipca o 11:15 młodszy Brat pozbawia mnie nadziei „Mamusia umiera, przyjeżdżaj”
Jestem pusta, czas staje w miejscu, to się nie dzieje!!!!!!!!!!!!
Trzeba zorganizować powrót!!
„13:55
Wyruszam do Polski ((((((((((((((((
16:05
Jestem już na lotnisku w Geteborgu. Bardzo, bardzo chce zdążyć!!!
Zdążę, prawda! Muszę!!!
17:05
Za 10 minut startujemy. Serdeczny odbierze mnie z Modlina po 19ej, zawiezie do Poznania. Z Poznania kolejny Serdeczny do domu, może prosto do szpitala. Nie wiem. Jedno o co proszę to czas, by zdążyć.
21:35
Jadę już do Poznania. Tam przejmą mnie kolejni Przyjaciele i jedziemy dalej. Dobrze jest mieć przyjaciół!!! Nawet w nocy chcę zajechać do szpitala. Wpuszczą mnie mam nadzieję.
00:21
Dotarłam do Poznania. Teraz jedziemy do Gorzowa. Nie raz pisałam, że ja to całe życie z wariatami! Dobrze mieć taki krąg wariatów. O 22ej dzwonił mój starszy Brat, że mogę wejść do szpitala kiedy tylko dotrę. Młodszy mówił, że Madre tak jakby spała, sama oddycha, ciśnienie i puls ok, gorączka spadła. Było jakieś zawirowanie, że wszyscy po jechali ale opanowali to. Stan jest poważny, ale stabilny.
Ja zachowuje się irracjonalnie – czego dowodem ten zapis zdarzeń. To chyba trochę dziwne, ale nigdy nie mówiłam, że ja jestem normalna. Jakaś taka dziwnie pusta się czuje i niedobrze mi…..”
O 2:00 weszłam do sali.
Madre śpi, spokojnie oddycha. Spędziłyśmy razem pół godziny. Dłużej nie mogę zostać (ze względu na innych chorych), a i moi Serdeczni maja mnie jeszcze zawieźć do rodzinnego gniazda i wrócić do Pozen – bo przecież Oni idą na 7:00 do pracy.
O 3:15 docieramy na miejsce, wchodzę do pustego domu, chłopaki odjeżdżają.
O 3:30 dzwoni starszy Brat:
- Zdążyłaś??
- Tak, byłam w szpitalu o 2ej, wyszłam po wpół do trzeciej. Teraz jestem w domu
- Właśnie dzwonili ze szpitala….. Mamusia odeszła …

15 lipca, miesiąc po niespodziankowej imprezie z okazji Jej 80tych urodzin, odbył się pogrzeb.

23 lipca, 10 dni po, wciąż działam na automacie, mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Prawie nie płakałam, nie pozwalam sobie, jeszcze nie czas. 7 wcale nie jest szczęśliwa, ale 13 taką pozostanie.
Mamuś ……, Ty wiesz <3

Zima…

przychodzi i odchodzi. Nie może się zdecydować czy będzie śnieg, czy go nie będzie. Raczej nie będzie. By nacieszyć się śniegiem udałam się w Góry Izerskie. Spontanicznie zapisałam się na obóz dla początkujących na nartach biegowych.
Podobało mi się bardzo!! Cisza, spokój, śniegu po pachy, piękne widoki, sympatyczne towarzystwo, grzane wino i rum!! Totalny reset. Brak zasięgu! I dawno nie widziane obrazki malowane mrozem na szybach starych drewnianych okien skrzynkowych.
Sauna do bólu. Zaszalałam pomimo problemów z cerą naczynkową wygrzewałam się w saunie i chłodziłam w śniegu. Czyste szaleństwo )))))))))))))))))))
Poza tym mam lenia – totalnego. Czyli robię wszystko i nic. Nie lubię u siebie tego stanu….
Na weekend częściowa mobilizacja, przyjeżdża Serdeczny, więc choć trochę trzeba gniazdo ogarnąć.
Knedle z jarmużem mam zrobić na sobotę, Serdeczny zamówił. Już jakiś tydzień nic nie pichciłam, nie chciało mi się.
Len Totalny!

Pierwszy śnieg…

… sypie za oknami. Siedzę w ciepełku, środa dziś – mój sądny dzień. Od 7 do 15 jedna praca od 16 do 19 druga, a o 20 na pływalnię. Ta pływalnia dobrze mi robi, wyłączam się totalnie, nawet nie liczę przepłyniętych basenów.
W radio leci biografia Albercika z „Sexmisji” czyta autor, fajnie się słucha.
Marzy mi się zorza polarna w Norwegii i Islandia…. jeszcze trochę pomarzę nim zrealizuje.

Wczoraj miałam mieć randkę, ale „oczko spuchło temu misiu” i randka odwołana, bo nieładnie by wyglądał na pierwszym spotkaniu… hmmmm a to podobno kobiety są próżne ;) Cóż może w sobotę uda się spotkać na szybka kawę, bo mimo wolnego piątku terminarz mam zapełniony po kokardki.
Z tymi randkami , to ogólnie problem jest. Niby dorośli ludzie, szukają kogoś dla siebie ale umówić się z delikwentem jednym czy drugim trudniej niż na herbatkę z Królowa Matką. To jak się poznać, przecież nie w monosylabowych wymianach wiadomości na portalu lub w sms-ach. Gdzie sens, gdzie logika.
Dla mnie spotkanie na kawę, lub inna ciecz jest idealnym sposobem. Widzimy się na żywo, rozmawiamy twarzą w twarz. Jak jest dobrze, to super, jak nie można szybko wypić kawę i się rozejść. Szukać dalej.
Jeszcze gorsze od problemu umówienia się na kawę jest umówienie, ale nie pokazanie się delikwenta na miejscu spotkania. Kruca!!! Nie znamy się, ale to nie zwalnia nas z podstaw kulturalnego zachowania.
Jednak lekceważenie drugiej osoby jest na porządku dziennym, dla mnie jest to również brak szacunku dla siebie. Mam świadomość, że zalicza mnie to do kolejnej mniejszości człowieczej.
No to sobie trochę pomarudziłam.

Minęły kolejne…

miesiące. Minęły wakacje. Minęło lato.
Czerwiec, lipiec, sierpień…..
Nastał wrzesień.
Od kilku dni zasłuchuje się w „SzustaRano” platformy „Langusta”
Trochę zadziwia mnie, ale i cieszy – filozofia tu i teraz. Nie planuj zbyt wiele, doceniaj drobiazgi, raduj się chwilą. Tak proste, a tak trudne!
Uwielbiam jesień! Tegoroczna będzie dla mnie bardzo szczególna. Nie zastanawiam się ani nie martwię na zapas jakie będą jej owoce – jestem ich tylko bardzo, bardzo ciekawa.

Zaskoczyła mnie w tym roku po raz kolejny Szwecja, gdzie spędziłam lipiec. Zaskoczyła oczywiście jak zwykle pozytywnie. Czułam się nie jak na dalekiej zimnej północy, a jak na gorącym, temperamentnym południu.
I te krajobrazy… zakochana jestem w kamieniach, skałach i roślinności. Odkryłam wędzone krewetki.

W sobotę koncert Korteza. Miałam okazje poznać delikwenta – specyficzna postać. Podoba mi się jak śpiewa, potrafi mnie wzruszyć – co w takiej muzyce nie często mi się zdarza.

W dalszej perspektywie jesienne Bergamo! Tam mam nadzieję niespiesznie cieszyć się drobiazgami i byciem tu i teraz.
A dziś wciąż słońce na niebie :)

I znów….

kolejny miesiąc minął.
Miesiąc zaskoczeń, zaskoczeń totalnych. Pozytywnych zaskoczeń – tylko nie wiem jakie będą konsekwencje tych zaskoczeń.
Spotkałam mężczyznę, który rozróżnia kolory! To w sumie nie było coś nadzwyczajnego, niespotykane było to, że określił kolor moich oczu jako grafitowe. Ot tak po prostu bez podtekstu. Miło mi się zrobiło – ciekawiej jest mieć oczy grafitowe niż szare (choć szaraczki tez lubię ;) )
Odkryłam nowe miejsce na polskiej mapie – w założeniu ma być to kolejne dobre miejsce na mojej mapie.
Zobaczymy jak to się ułoży – mam mieszane uczucia ale z urzędu nie skreślam i daję szanse.
Każdy zasługuję na szansę!
Zmęczona jestem jak szkapa po westernie – z utęsknieniem wypatruję lipca.
Wyjeżdżam na miesiąc. Połączę przyjemne z pożytecznym – będę pracować fizycznie i oczyszczać umysł z myśli niepokornych. Proszę, niech lipiec da mi wytchnienie!
Wrześniowe Bergamo staje się co raz bardziej realne – jest na co czekać! Tak jak lubię :)

Kładłam się dziś grubo po 3ej w nocy,
zatem kłaniam się nisko
zaspana ja :)

Przed weekendem…..

mam totalny kołowrotek – ileż razy już o tym pisałam, że nie wiem w co ręce włożyć i za co się zabrać.
Próbuje wypisywać na kartce co ma do załatwienia, by jakoś to ogarnąć. Powinnam się już do tego przyzwyczaić, bo przecież u mnie nie ma inaczej ))))))
Najbliższe dni nie zapowiadają odpoczynku. Już dziś wyruszam do Madre – na jutrzejsze podwójne święto. Do siebie wracam w piątek skoro świt – ma do przygotowania dekorację na wesele, wykończenie w sobotę no i sama impreza , a w niedzielę poprawiny i wieczorem szybka teleportacja do stolicy.
Biorę udział w zwariowanym projekcie – ja nie wiem co mnie pokusiło by tam się zapisać. Tylko cztery osoby wiedzą o moim planie – wszystkie popierają i kibicują. A ja jestem pełna sprzecznych uczuć. takie „chciałabym i boje się”
Hmmm często tak jest gdy o pewnych sprawach mówi się czysto teoretycznie, to wszystko jest na „tak” i „a czemu nie” – przecież to nic wielkiego. Jednak gdy teoria zamienia się w praktykę zmienia się również perspektywa patrzenie na sprawę i nie jest już tak prosto )))))))
Cóż powiedziałam „A”, powiem i „B” – wszak jestem odpowiedzialna.
Do pracy wracam 6 czerwca, 7. mam mieć „randkę”, 11. impreza urodzinowa, 15. urodziny Rodzicielki, imieniny Sister, a 30. frrrruuuuuuuuuuuuuuuuu – znikam na cały miesiąc. Liczę na totalny reset.
Czyli byle do lipca!
Znaczy trzeba przeżyć czerwiec – czego wszystkim i sobie serdecznie życzę :)

Palnuj, planuj człowieku…..

a Góra i tak Ci wszystko pomiesza.
Ehhh….
Bilety do Szwecji przepadną, bo „przebukowanie” na inny termin jest droższe, niż zakup nowych.
A potrzebne mi nowe (, które już w sumie kupiłam) ponieważ w samym środku zaplanowanego na kwiecień wyjazdu odbędzie się weselem, na które dostałam zaproszenie. Na początku chciałam zrezygnować z uczestnictwa, bo wcześniejsze umówienie z Serdeczną, bo bilety już wykupione. Na szczęście porozmawiałam z moim młodszym Braciszkiem, który tak mi rzekł: Do Serdecznej możesz pojechać w każdym innym czasie, a wesele jest tylko tego jednego dnia! Jak to dobrze posłuchać czasem młodszego :)
Zatem w kwietniu miast Szwecji będzie Nowa Sól i weselne atrakcje. Szwecja przesuwa się na lipiec – cały lipiec :) – a co jak szaleć to szaleć. I na razie już nic głośno nie piszę, nie planuję, bo kolejnych biletów nie mam zamiaru kupować. Plany są ciche, a realizacja będzie sukcesywna. Tak to sobie niecnie wymyśliłam.
Z ciekawostek zielonego lasu:
„Spontaniczne obchodzenie urodzin Serdecznego”
W środę rano wróciłam ze świąt u Rodzicielki do mojego miejskiego gniazda. We czwartek przypadały urodziny P. Zamyśliło mi się, by zrobić mu niespodziankę i wpaść ze spontaniczną wizytą. We czwartek po pracy biegiem szukałam w sklepach jarmużu by móc przygotować w urodzinowym prezencie ulubione knedle z jarmużem. Pracę skończyłam o 16.00 – zagęściłam ruchy i o 19:51 siedziałam z ciepłymi jeszcze knedlami w pociągu na Grodzisk. Teraz najlepsze: znamy się już i odwiedzamy z P. ładnych kilka lat, ale adresu to ja niestety nie znam. Wieziono mnie tam lub prowadzono, teoretycznie powinnam trafić ale na jaką ulicę nie miałam pojęcia. Na szczęście udało się i około 21 byłam pod drzwiami delikwenta. W drodze z PKP do Onego – prowadziliśmy smsową rozmowę, w której przekazał mi, że on nie chce nic mówić ale ja mu nawet życzeń nie złożyłam. „Też masz wymagania” odparłam i zadzwoniłam do jego drzwi. Mina – BEZCENNA! :)

Cóż całe życie z wariatami – to się udziela ;)

Pięknej wiosny i byle do lata ))))))

Zima…

W końcu nastała. Śnieg w pierwszym dniu nowego roku przywitałam z uśmiechem na twarzy. Rok zaczął się bardzo przyjemnie. Wytańcowałam się, uśmiałam, wyspałam i odprawiłam noworoczne rytuały,czyli był spokojny leniwy poranek, potem spacer, pyszna kawa + coś słodkiego i oczywiście tradycyjna wizyta w kinie. Ten rok zaczęłam filmem „Zupełnie nowy testament”.
Na dwa dni musiałam rozstać się z moim Swenem – przez paskudne błoto pośniegowe zalegające na ścieżkach nie dało się jechać. Zachowałam się jak burżujka i rano do pracy udawałam się taksówką :)
W mojej głowie kotłuje się mrowie myśli. Coś mnie nosi. Potrzeba mi jakiejś AKCJI!
Kupiłam bilety do Szwecji – w kwietniu wybiorę się z wizyta do mojej Serdecznej.
We wrześniu może Bergamo z Serdecznymi.
A jesienią? Hmmmmm…
Jesienią jak to coś wypali – to dopiero będzie AKCJA!
Właśnie sobie uświadomiłam, że powinnam poprosić pewne zacne grono o dobre myśli, energię i kciuki.

Pisarką to ja jednak nie mogłabym być – administracja bloga etatowo przypomina mi o wpisach.

:)

Odkrycia …

i to jeszcze przyjemne to coś dla czego warto żyć.
Moim dzisiejszym odkryciem były płatki owsiane z domowym dżemem aroniowym – przepychotka!!
Wczoraj koncert, mojego Serdecznego.
D. i A. tworzą zespół NOYS, ich muzyka to koi, to znów porusza…. , moim wczorajszym faworytem został utwór ochrzczony przeze mnie „Wieloryby” – cudny!!

Oddalam się ku kolejnym odkryciom……

Wakacje…

znów będą wakacje…. Za rok.
Bo obecne są już na finiszu. Wróciłam dziś od Madre, 10 dni minęło sama nie wiem kiedy. Tradycyjnie nie chciało mi się wyjeżdżać, ale nie ma zmiłuj się – trzeba mi się szykować na praktyki do stolycy.

Ścięłam włosy. Cięcie trwało prawie dwie godziny, na mokro, na sucho – pierwszy raz czuję, że mam obcięte włosy, wręcz dopieszczone. Co przy mojej kręconej niesfornej sierści, która żyje swoim życiem jest niespodziewanym odczuciem. Pan K. – fryzjer miał pokusę jeszcze krótszego cięcia, ale stwierdził, że przy pierwszym razie bardziej chce poznać „prywatne życie moich włosów”. Zatem może następnym razem wyjdę z jeżem na głowie ;)