Minęły kolejne…

miesiące. Minęły wakacje. Minęło lato.
Czerwiec, lipiec, sierpień…..
Nastał wrzesień.
Od kilku dni zasłuchuje się w „SzustaRano” platformy „Langusta”
Trochę zadziwia mnie, ale i cieszy – filozofia tu i teraz. Nie planuj zbyt wiele, doceniaj drobiazgi, raduj się chwilą. Tak proste, a tak trudne!
Uwielbiam jesień! Tegoroczna będzie dla mnie bardzo szczególna. Nie zastanawiam się ani nie martwię na zapas jakie będą jej owoce – jestem ich tylko bardzo, bardzo ciekawa.

Zaskoczyła mnie w tym roku po raz kolejny Szwecja, gdzie spędziłam lipiec. Zaskoczyła oczywiście jak zwykle pozytywnie. Czułam się nie jak na dalekiej zimnej północy, a jak na gorącym, temperamentnym południu.
I te krajobrazy… zakochana jestem w kamieniach, skałach i roślinności. Odkryłam wędzone krewetki.

W sobotę koncert Korteza. Miałam okazje poznać delikwenta – specyficzna postać. Podoba mi się jak śpiewa, potrafi mnie wzruszyć – co w takiej muzyce nie często mi się zdarza.

W dalszej perspektywie jesienne Bergamo! Tam mam nadzieję niespiesznie cieszyć się drobiazgami i byciem tu i teraz.
A dziś wciąż słońce na niebie :)

I znów….

kolejny miesiąc minął.
Miesiąc zaskoczeń, zaskoczeń totalnych. Pozytywnych zaskoczeń – tylko nie wiem jakie będą konsekwencje tych zaskoczeń.
Spotkałam mężczyznę, który rozróżnia kolory! To w sumie nie było coś nadzwyczajnego, niespotykane było to, że określił kolor moich oczu jako grafitowe. Ot tak po prostu bez podtekstu. Miło mi się zrobiło – ciekawiej jest mieć oczy grafitowe niż szare (choć szaraczki tez lubię ;) )
Odkryłam nowe miejsce na polskiej mapie – w założeniu ma być to kolejne dobre miejsce na mojej mapie.
Zobaczymy jak to się ułoży – mam mieszane uczucia ale z urzędu nie skreślam i daję szanse.
Każdy zasługuję na szansę!
Zmęczona jestem jak szkapa po westernie – z utęsknieniem wypatruję lipca.
Wyjeżdżam na miesiąc. Połączę przyjemne z pożytecznym – będę pracować fizycznie i oczyszczać umysł z myśli niepokornych. Proszę, niech lipiec da mi wytchnienie!
Wrześniowe Bergamo staje się co raz bardziej realne – jest na co czekać! Tak jak lubię :)

Kładłam się dziś grubo po 3ej w nocy,
zatem kłaniam się nisko
zaspana ja :)

Przed weekendem…..

mam totalny kołowrotek – ileż razy już o tym pisałam, że nie wiem w co ręce włożyć i za co się zabrać.
Próbuje wypisywać na kartce co ma do załatwienia, by jakoś to ogarnąć. Powinnam się już do tego przyzwyczaić, bo przecież u mnie nie ma inaczej ))))))
Najbliższe dni nie zapowiadają odpoczynku. Już dziś wyruszam do Madre – na jutrzejsze podwójne święto. Do siebie wracam w piątek skoro świt – ma do przygotowania dekorację na wesele, wykończenie w sobotę no i sama impreza , a w niedzielę poprawiny i wieczorem szybka teleportacja do stolicy.
Biorę udział w zwariowanym projekcie – ja nie wiem co mnie pokusiło by tam się zapisać. Tylko cztery osoby wiedzą o moim planie – wszystkie popierają i kibicują. A ja jestem pełna sprzecznych uczuć. takie „chciałabym i boje się”
Hmmm często tak jest gdy o pewnych sprawach mówi się czysto teoretycznie, to wszystko jest na „tak” i „a czemu nie” – przecież to nic wielkiego. Jednak gdy teoria zamienia się w praktykę zmienia się również perspektywa patrzenie na sprawę i nie jest już tak prosto )))))))
Cóż powiedziałam „A”, powiem i „B” – wszak jestem odpowiedzialna.
Do pracy wracam 6 czerwca, 7. mam mieć „randkę”, 11. impreza urodzinowa, 15. urodziny Rodzicielki, imieniny Sister, a 30. frrrruuuuuuuuuuuuuuuuu – znikam na cały miesiąc. Liczę na totalny reset.
Czyli byle do lipca!
Znaczy trzeba przeżyć czerwiec – czego wszystkim i sobie serdecznie życzę :)

Palnuj, planuj człowieku…..

a Góra i tak Ci wszystko pomiesza.
Ehhh….
Bilety do Szwecji przepadną, bo „przebukowanie” na inny termin jest droższe, niż zakup nowych.
A potrzebne mi nowe (, które już w sumie kupiłam) ponieważ w samym środku zaplanowanego na kwiecień wyjazdu odbędzie się weselem, na które dostałam zaproszenie. Na początku chciałam zrezygnować z uczestnictwa, bo wcześniejsze umówienie z Serdeczną, bo bilety już wykupione. Na szczęście porozmawiałam z moim młodszym Braciszkiem, który tak mi rzekł: Do Serdecznej możesz pojechać w każdym innym czasie, a wesele jest tylko tego jednego dnia! Jak to dobrze posłuchać czasem młodszego :)
Zatem w kwietniu miast Szwecji będzie Nowa Sól i weselne atrakcje. Szwecja przesuwa się na lipiec – cały lipiec :) – a co jak szaleć to szaleć. I na razie już nic głośno nie piszę, nie planuję, bo kolejnych biletów nie mam zamiaru kupować. Plany są ciche, a realizacja będzie sukcesywna. Tak to sobie niecnie wymyśliłam.
Z ciekawostek zielonego lasu:
„Spontaniczne obchodzenie urodzin Serdecznego”
W środę rano wróciłam ze świąt u Rodzicielki do mojego miejskiego gniazda. We czwartek przypadały urodziny P. Zamyśliło mi się, by zrobić mu niespodziankę i wpaść ze spontaniczną wizytą. We czwartek po pracy biegiem szukałam w sklepach jarmużu by móc przygotować w urodzinowym prezencie ulubione knedle z jarmużem. Pracę skończyłam o 16.00 – zagęściłam ruchy i o 19:51 siedziałam z ciepłymi jeszcze knedlami w pociągu na Grodzisk. Teraz najlepsze: znamy się już i odwiedzamy z P. ładnych kilka lat, ale adresu to ja niestety nie znam. Wieziono mnie tam lub prowadzono, teoretycznie powinnam trafić ale na jaką ulicę nie miałam pojęcia. Na szczęście udało się i około 21 byłam pod drzwiami delikwenta. W drodze z PKP do Onego – prowadziliśmy smsową rozmowę, w której przekazał mi, że on nie chce nic mówić ale ja mu nawet życzeń nie złożyłam. „Też masz wymagania” odparłam i zadzwoniłam do jego drzwi. Mina – BEZCENNA! :)

Cóż całe życie z wariatami – to się udziela ;)

Pięknej wiosny i byle do lata ))))))

Zima…

W końcu nastała. Śnieg w pierwszym dniu nowego roku przywitałam z uśmiechem na twarzy. Rok zaczął się bardzo przyjemnie. Wytańcowałam się, uśmiałam, wyspałam i odprawiłam noworoczne rytuały,czyli był spokojny leniwy poranek, potem spacer, pyszna kawa + coś słodkiego i oczywiście tradycyjna wizyta w kinie. Ten rok zaczęłam filmem „Zupełnie nowy testament”.
Na dwa dni musiałam rozstać się z moim Swenem – przez paskudne błoto pośniegowe zalegające na ścieżkach nie dało się jechać. Zachowałam się jak burżujka i rano do pracy udawałam się taksówką :)
W mojej głowie kotłuje się mrowie myśli. Coś mnie nosi. Potrzeba mi jakiejś AKCJI!
Kupiłam bilety do Szwecji – w kwietniu wybiorę się z wizyta do mojej Serdecznej.
We wrześniu może Bergamo z Serdecznymi.
A jesienią? Hmmmmm…
Jesienią jak to coś wypali – to dopiero będzie AKCJA!
Właśnie sobie uświadomiłam, że powinnam poprosić pewne zacne grono o dobre myśli, energię i kciuki.

Pisarką to ja jednak nie mogłabym być – administracja bloga etatowo przypomina mi o wpisach.

:)

Odkrycia …

i to jeszcze przyjemne to coś dla czego warto żyć.
Moim dzisiejszym odkryciem były płatki owsiane z domowym dżemem aroniowym – przepychotka!!
Wczoraj koncert, mojego Serdecznego.
D. i A. tworzą zespół NOYS, ich muzyka to koi, to znów porusza…. , moim wczorajszym faworytem został utwór ochrzczony przeze mnie „Wieloryby” – cudny!!

Oddalam się ku kolejnym odkryciom……

Wakacje…

znów będą wakacje…. Za rok.
Bo obecne są już na finiszu. Wróciłam dziś od Madre, 10 dni minęło sama nie wiem kiedy. Tradycyjnie nie chciało mi się wyjeżdżać, ale nie ma zmiłuj się – trzeba mi się szykować na praktyki do stolycy.

Ścięłam włosy. Cięcie trwało prawie dwie godziny, na mokro, na sucho – pierwszy raz czuję, że mam obcięte włosy, wręcz dopieszczone. Co przy mojej kręconej niesfornej sierści, która żyje swoim życiem jest niespodziewanym odczuciem. Pan K. – fryzjer miał pokusę jeszcze krótszego cięcia, ale stwierdził, że przy pierwszym razie bardziej chce poznać „prywatne życie moich włosów”. Zatem może następnym razem wyjdę z jeżem na głowie ;)

Światła…

O sygnalizację świetlną na drogach mi chodzi, a dokładnie jej synchronizację.
Przyznam się bez bicia, że normalnie szlag mnie trafia lekceważenie pieszych i rowerzystów oczywiście korzystających z przejść. Nie dość, że długo się czeka na zielone to jeszcze ledwo na jednej fali zdąży się przejść na druga stronę. A już na trzech pasmach ( pasy ruchu w prawo, tramwaje w obie strony, pasy ruchu w lewo) istny horror. Przykro mi się robi, kiedy widzę starsze osoby usiłujące przedostać się na druga stronę. Jak starają się przebierać szybciej nogami, często podpierając się jeszcze laską – rozpędzają się i już nie patrzą, ze światło miga i już jest czerwone – wpadają na jezdnię, bo na środkowym pasie jest jeszcze zielone. Skóra cierpnie!!
Taka technika, tyle elektroniki, podobno są nawet jakieś światła tak zwane „inteligentne” – ale całą tę inteligencje i udogodnienia odczuwam tylko kiedy prowadzę auto. Pieszy i rowerzysta na przejściach jest jednostka niepożądaną, przeszkadzającą samochodom w ruchu.
I bardzo mi się to nie podoba i stanowczo się temu sprzeciwiam!!
Piesi i rowerzyści łączcie się!! Ruszamy tłumnie na ulice!!
Samochody na chodniki ;)
To sobie ulżyłam!!

Wiosna…

przychodzi, wychodzi – jakaś taka niezdecydowana, ale mnie niezmienne co roku zachwyca.
Ta różnorodność odcienia zieleni, te połacie wiosennych kwiatów: przebiśniegów, śnieżyc, ranników, zawilców. Czas kiedy kwitną klony, śliwy i wierzby… cudności.
Obok pracy mam dużo krzewów bzu lilaka, ale szczególnie dwa z nich się wyróżniają. Jeden rośnie na pobliskiej pętli tramwajowe, a drugi za moim „pracowym” oknem i żartujemy sobie z kolegą, że te krzewy się ścigają, który pierwszy zakwitnie. W tym roku remis, już dwa dni temu oba miały otwarte pierwsze pojedyncze kwiaty w kwiatostanach. W poniedziałek szykujemy się na ścięcie kilku gałązek do wazonu.
Na mnogość, barw, kwiatów i zapachów nakłada się jeszcze świergot ptasząt równie przebogaty. Widziałam już pierwsze bociany ale jeszcze nie klekocą za to u Rodzicielki klęgor żurawi niesie się po łąkach. Pięknie jest, trzeba tylko dać sobie choć chwilę na zachwyt nad tym pięknem, nie gonić tak bezmyślnie z miejsca na miejsce skupiając się tylko na kolejnych zadaniach. Dookoła tyle się :)

Zmykam wić kwiecie na ślubne kobierce :)

Tradycyjnie…

nie mam czasu na pisanie.
Życie pochłania mnie w całości, a raczej to ja daje się mu pochłonąć.
Nie wiem jak bym sobie radziła nie będąc niezależna starą panną, a matką i żoną.

Chylę czoła przed wszystkimi pracującymi kobietami posiadającymi męża, dzieci i dom na głowie, że o zwierzakach i dalszej rodzinie nie wspomnę.

Penie moje myślenie zmieniłoby się gdybym miała męża, dzieci i całą resztę, ogarniałabym kurnik, bo nie miałabym innego wyjścia.
Punkt widzenia od punktu siedzenia zależy.
Zatem nie ma się co zastanawiać, co by było gdyby, bo jeszcze mi wąsy wyrosną!

Dziś szalenie intensywne popołudnie:
tuż po pracy barbarzyński język
następnie zumba po dwutygodniowej przerwie
i na zakończenie pływalnia :) (60 długości stało się normą)

Z powodu wciągnięcia się w książkę „Pochłaniacz” Kasi Bondy i serial „Zemsta” nie jestem jeszcze kompletnie przygotowana na piątkowy wyjazd z moimi Czarownicami do Kliczkowa. Jak zwykle pranie i pakowanie na ostatnią chwilę.
Byle do piątku :)